Dzierawica Kein Problem!

Naszym celem jest Dzierawica, najwyższy szczyt Kosowa albo, według Serbów, najwyższy szczyt Serbii.

Dzierawica Kein Problem!

Wyruszamy ze wsi Junik na stromy, błotnisty trakt prowadzący w górę, w stronę Dzierawicy, najwyższego szczytu Kosowa. Idę z moją ukochaną Kasią, Albańczykiem Nolem i jego kolegą Tonim, Niemcem, który zamieszkał w Kosowie z własnej woli. – Na pewno jesteś szpiegiem – przekomarza się z nim Nol. W wiosce nie ma nikogo, jest zamieszkana wyłącznie latem. – Ten dom należy do jednego z najbardziej znanych kosowskich bokserów – tłumaczy Nol, wskazując niewielki budynek. – A ten – pokazuje drugi, większy, pstrokaty, zupełnie niepasujący do otoczenia, z wysokim ogrodzeniem – jest przykładem, że nie zawsze Bóg daje rozum i pieniądze tym samym ludziom. Ohyda… A tam jest szczyt Dzierawicy, dojdziemy na wierzchołek za jakieś trzy godziny – dodaje, wskazując palcem ośnieżony wierzchołek nad naszymi głowami. Nol pracował kiedyś jako przewodnik. Teraz częściej spędza czas za biurkiem, ale bardzo wczuwa się w rolę.

Znajdujemy się w zachodniej części najbardziej tajemniczego i najdzikszego pasma górskiego Europy – Gór Przeklętych. O ile jednak czarnogórska i albańska część gór, zwanych po jednej stronie Prokletije, a po drugiej Bjeshkët e Nemuna, obfituje w ostre, szpiczaste wierzchołki, wiszące doliny i ogromne, przepaściste ściany, o tyle kosowska część pasma przypomina bardziej Tatry Zachodnie. Góry są tu łagodniejsze i bardziej dostojne, ściany niższe. Nie odczuwa się aż tak mocno groźnej potęgi gór, można jednak cieszyć się dotknięciem ogromnych przestrzeni, pradawnym spokojem, niezmiennością i ciszą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Górach Przeklętych

Idziemy. Droga jest dość dobrze oznakowana i prowadzi przez malownicze łąki pod próg wiszącego kotła polodowcowego. Setki sopli na progu stawiarskim to jeden z najpiękniejszych widoków całego dnia. Docieramy nad brzeg jeziora Liqeni i Madh, czyli po naszemu Wielkiego Stawu. Toni rozbiera się do gaci. Całe jego ciało zdobią tatuaże, w tym kot z Alicji w Krainie Czarów, którego wygląd wskazuje, że został stworzony przez artystę-podróżnika, preferującego jednak nie pociągi czy autostop, lecz takie środki lokomocji jak LSD i magiczne grzybki. „No cóż… raczej wariat niż szpieg” – myślę sobie i zapewne mam rację. Kolega oprócz kota ma na całą pierś wytatuowany napis: „Wszyscy jesteśmy tu obłąkani”. On też zapewne ma rację.

– Ile kupicie mi piw, jeśli wykąpię się w jeziorze? – pyta Toni, a jego pytanie odbija się echem po polodowcowym kotle. Po tafli stawu pływa kra, dookoła leży śnieg, ale w gruncie rzeczy jak na jesień jest całkiem przyjemnie. Kosowskie, południowe słoneczko przygrzewa aż miło. Jest przynajmniej osiem stopni. W ustach Niemca pytanie zabrzmiało jak wyzwanie, szczególnie że mieliśmy 11 listopada. Nasz przewodnik Nol śmiał się do rozpuku, gdy Toni, piszcząc jak dziewczynka, wyskoczył z lodowatej wody, nie zanurzywszy się nawet do ud, a ja równocześnie wrzeszczałem do Kasi, żeby filmowała, bo już dłużej nie wytrzymam. Przepłynąłem dokładnie trzy metry. – Piwo jest twoje – uznał porażkę Toni, a ja byłem dumny z mego „niepotrzebnego zwycięstwa”, jak Zawisza Czarny po uratowaniu królewskiego sztandaru pod Grunwaldem, chociaż po czasie doszło do mnie, że Nol śmiał się z nas obu, a nie tylko z Niemca. Chmury nadciągały i trzeba było skończyć plażowanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyżej minęliśmy jeszcze kilka polodowcowych jezior, w tym piękny, owalny Dzierawicki Staw (serb. Đeravičko jezero, alb. Liqueni i Gjeravicës), i doszliśmy na grań. Pokazały się potężne turnice albańskiej części masywu. Jakby iść granią w ich stronę, to po minięciu trzech mniej wybitnych wierzchołków dotrzemy do szczytu Trzech Krajów (Tre Kujfit), na którym stykają się granice Albanii, Czarnogóry i Kosowa. My jednak, smagani dzikim wichrem, idziemy w przeciwną stronę.

Najwyższy szczyt wielu krajów

Dzierawica jest dokładnie o metr wyższa od Gerlacha i w swej burzliwej historii była najwyższym szczytem kilku państw. Pierwszy raz dostąpiła tego zaszczytu 8 września 1991 r., gdy od Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii oddzieliła się Macedonia, zabierając ze sobą najwyższy Korab (2764 m n.p.m.), i to zanim kraj zdążył otrząsnąć się po utracie Triglava (2864 m n.p.m.), narodowej dumy Słowenii, którym 25 czerwca 1991 r. Słoweńcy postanowili przestać się dzielić z kuzynami. Następnie Dzierawica była najwyższym punktem okrojonej Federalnej Republiki Jugosławii, a od 2003 r. przez trzy lata jej wierzchołek stanowił najwyższy punkt państwa zwanego Serbią i Czarnogórą, aż do czerwca 2006 r., kiedy ta druga odłączyła się od większego brata i zaczęła samodzielne życie. Przez półtora roku, do 17 lutego 2008 r., czyli do dnia, gdy na mapie Europy pojawiła się Republika Kosowa, Dzierawica była najwyższym szczytem Serbii.

Od tego momentu pozostaje jedyną w Europie górą będącą najwyższym punktem dwóch krajów, nieleżącą jednak na ich granicy (w odróżnieniu od francusko-włoskiego Mont Blanc lub albańsko-macedońskiego Golem Korab). Co więcej: jest to najwyższa góra dwóch różnych państw, ale nie dwóch jednocześnie. Dla obywateli przeszło setki krajów świata (od 108 do 111, gdyż niejasne są oficjalne zapatrywania Nigerii, Ugandy, Wysp św. Tomasza i Książęcej), w tym dla Polaków oraz większości obywateli krajów Unii Europejskiej i NATO, Dzierawica jest oficjalnie najwyższym szczytem Kosowa, a najwyższą górą Serbii jest Midżur (2169 m n.p.m.) na wschodzie kraju, w górach Stara Płanina na granicy z Bułgarią.

Przeszło 80 krajów nie uznało jednak niepodległości Kosowa. Ze światowych potęg są to Rosja, Chiny i Indie, a w Europie, poza Serbią: Bośnia i Hercegowina (głosy serbskiej części parlamentu), Hiszpania (Baskowie, Katalończycy), Rumunia (Węgrzy w Siedmiogrodzie), Słowacja (Węgrzy na południu kraju), Białoruś (w ślad za Rosją), Ukraina (może i chciałaby przeciwko Rosji, ale Krym, Donbas…), Grecja, Cypr, czyli wszystkie te kraje, które solidaryzują się z Serbią lub zatroskane są o losy tysiącletnich cerkwi (wersja idealistyczna), mają własne problemy z integralnością terytorium i boją się niebezpiecznego precedensu (wersja racjonalna) – albo po prostu te, w których podatki członków mniejszości narodowych stanowią ważniejszą pozycję w budżecie od udziałów w światowym rynku handlu heroiną (wersja sarkastyczna). Dla nich Dzierawica jest dalej najwyższym szczytem Serbii i znajduje się w prowincji o nazwie Kosowo i Metohija.

Pretendentka do tronu

Żeby sytuacja nie była zbyt klarowna, dodam, że są tacy, którzy twierdzą, że Dzierawica tylko oficjalnie jest najwyższym szczytem Kosowa (albo Serbii), gdyż tak naprawdę najwyższym punktem Kosowa jest wierzchołek Wielkiej Rudoki w górach Szar na granicy z Macedonią. Wielka Rudoka, dwa metry wyższa od Dzierawicy, ma jednak kilka przywar. Najważniejszą przez wiele lat było jej niejasne obywatelstwo: nie było wiadomo, czy wierzchołek znajduje się w Kosowie, czy nie – granica leciała a to granią, a to zboczem. Obecnie słupek graniczny stoi dokładnie na szczycie, więc problem się rozwiązał. Niemniej pozostały inne wady: średnia uroda, obecność wyższych sąsiadów, fakt, że szczyt jest na granicy, brak zaufania do dokładności pomiarów i zwykłe przyzwyczajenie. Powodów było wiele, w każdym razie wszystko wskazuje na to, że nawet jeśli Rudoka jest wyższa, to i tak najwyższym szczytem kraju pozostanie Dzierawica.

Językoznawstwo czy dżudo?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Górę po serbsku nazywa się Đeravica, a po albańsku Gjeravica. Na całe szczęście serbskie đ i albańskie gj wymawia się tak samo jak nasze – nazywając więc górę Dzierawicą, nie obrazimy ani jednych, ani drugich i zminimalizujemy ryzyko, że nasz rozmówca zamiast kieliszka rakii wymierzy w naszą stronę AK-47.

Gdyby za wyznacznik przynależności góry do tego czy innego kraju uznać jej nazwę, przewagę zyska Serbia. W dawnych czasach szczyt nosił nazwę Kaluđerovica, od serbsko-chorwackiego słowa kaluđer, oznaczającego mnicha i pochodzącego z greki. Pasuje to doskonale do nazwy regionu, w którym góra się znajduje, bo słowo metohija oznacza posiadłości kościelne i też pochodzi z greki. Dodam, że u stóp Dzierawicy już od siedmiu wieków znajduje się jeden z najważniejszych serbskich prawosławnych monastyrów – Visoki Dečani. Tymczasem Albańczycy zachodnią część Kosowa nazywają Dukagjini, na cześć rodu albańskich książąt.

Obecne imię Dzierawicy powstało w wyniku skrócenia nazwy pierwotnej. Proces ten dokonał się najprawdopodobniej po drugiej wojnie światowej, gdy Kosowo i Metohija zaczęły cieszyć się dużą autonomią w ramach Jugosławii. Tego typu zmiany nazw mogły mieć na celu zacieranie śladów związków tych ziem z serbskością i Cerkwią prawosławną.

Gdyby natomiast za wyznacznik przynależności góry do tego czy innego kraju uznać rzeczy, które znajdują się na jej wierzchołku, w przypadku Dzierawicy szala przechyla się na korzyść Kosowa. Z plakatu na betonowym słupie uśmiecha się triumfalnie, z rękami wzniesionymi w pozie zwycięzcy… To akurat ciekawostka – nie jakiś albański bohater narodowy, żołnierz z kałachem czy brodaty bojownik z UҪK, lecz Majlinda Kelmendi, dżudoczka, zdobywczyni pierwszego złotego medalu olimpijskiego dla Kosowa na igrzyskach w Rio. Może i z twarzą upaćkaną czerwoną farbą, ale jednak.

Z wierzchołka roztacza się fantastyczna panorama na wszystkie okoliczne pasma górskie i kraje. Z jednej strony widzimy pofalowane grzbiety kosowskiej części Gór Przeklętych i sąsiednich pasm, przywodzące na myśl okolice Doliny Chochołowskiej, z drugiej na horyzoncie majaczą szpiczaste wieże albańskiej części gór, w tym Maja Jezercë (2694 m n.p.m.), jedyny szczyt w Górach Przeklętych, którego wierzchołek jest wyżej od nas. Gdzieś w oddali, pod stopami dostrzegamy zielone łąki zachodniego Kosowa i refleksy słońca odbijającego się od tafli Jeziora Radonickiego.

Kein Problem!

Wracamy do miejscowości Junik, z której kilka godzin wcześniej wyruszyliśmy, i kierujemy się do stojącej w górnym krańcu wsi absurdalnej, nieco brutalistycznej z wyglądu restauracji, oferującej wykwintną kuchnię, staranny wystrój sali balowej i fachową obsługę kelnerską. Tutaj właśnie postanawiamy uczcić nasze zwycięstwo (moje podwójne: zdobycie Dzierawicy i pokonanie teutońskiego morsa). Od progu bacznie obserwuje nas dwóch eleganckich kelnerów. Jesteśmy jedynymi gośćmi. – Poza sezonem nigdy nikogo tu nie ma – tłumaczy Nol, gdy rozsiadamy się przy kominku na sali bez problemu zdolnej pomieścić albańskie wesele. – W sezonie obiekt zarabia na siebie, ale poza sezonem przynosi ogromne straty. Właściciel nigdy nie zamyka, bo się wstydzi, że ludzie będą mówić, że restauracja jest kiepska, a on sam jest słabym biznesmenem. Woli dopłacać. Zresztą dorobił się na czym innym. Zawsze chciał prowadzić restaurację, to ją założył, taką miał fanaberię. Ale jedzenie mają świetne.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To prawda. Stół wnet zastawił się bałkańskimi smakołykami – surówkami, serami (najbardziej ceniony w okolicy jest bardzo słony ser z gór Szar), kociołkami z gulaszem i oczywiście wyśmienitym piwem Peja, które stawia przegrany w boju Toni. Kelnerzy nie spuszczają nas z oka i próbują nam dogodzić na wszelakie sposoby. Bałkańskie sposoby. Kasia, w odróżnieniu od reszty towarzystwa, nie jest w stanie zjeść porcji obowiązującej w tym rejonie świata, a ponadto nie lubi ogórków. Kelner w mig zauważył obie te rzeczy. Natychmiast przybiegł i z uśmiechem zaczął wybierać widelcem ze stojącej na środku stołu miski z pomidorowo-ogórkową surówką wszystkie kawałki pomidorów i kłaść je po jednym Kasi na talerzu. Kiedy natomiast zobaczył, że występuje groźba zostawienia na talerzu połowy porcji wołowiny, przyszedł, bacznie przyjrzał się każdemu z nas i stwierdził, że Toni wygląda na najbardziej głodnego i wychudzonego. Wskazał na niego palcem i stwierdził, że to właśnie jemu przypadnie w udziale honor dojedzenia wołowiny. Ku jego zdziwieniu Niemiec nie chciał się zgodzić i grzecznie odmówił zjedzenia drugiej miski.

Kein Problem! – rzucił entuzjastycznie niezrażony kelner i przełożył Toniemu całe mięso swym niezawodnym widelcem. Potem nawet troskliwie dwa razy przyszedł przypilnować, żeby Toni faktycznie zjadł, a gdy ten się opierał, został skarcony jak niesforne, grymaszące dziecko. Skoro ze strony gospodarza jest kein Problem, to ze strony gościa też ma być kein Problem i basta. Taką właśnie lekcję dała nam Dzierawica.

Hubert Jarzębowski

Zobacz też:

Carolus Victor do ściągnięcia

Posted in Góry.