Etiopia: Góry z Hebanu

Dla większości mieszkańców gór Simien Etiopia jest niewielkim krajem. Składa się przede wszystkim z jednej doliny, kilku wiosek, malutkiego pola oraz najbliższego miasteczka.

Etiopia: góry z Hebanu

Heban

Są to góry ze zwietrzałego kamienia, w kolorze brązu i miedzi, zakończone u szczytu płasko i tak gładko, że zwieńczenia te mogłyby służyć za naturalne lotniska. Lecąc nad nimi samolotem, widzi się stojące tam biedne chatki, gliniane lepianki bez wody i światła. Od razu nasuwa się pytanie — jak ci ludzie tam żyją? Z czego? Co jedzą? Dlaczego tam są? (…) Nigdy nie miałem okazji wspiąć się do tych samotnych osad i szukać odpowiedzi[1].

W czasie, gdy Ryszard Kapuściński pisał te słowa dotarcie w Góry Simien było dużo trudniejsze niż dziś. Może się wydawać, że wizyta w zagubionych gdzieś wśród gór Etiopii osadach jest kwestią chęci i odpowiednich funduszy. Jest to prawda, ale dotyczy wyłącznie wiosek położonych na płaskowyżu, blisko ścieżki, którą chodzą turyści. Daleko w dole — u stóp niebotycznych ścian, którymi urywa się płaskowyż, w głębi kanionów mieszkają też ludzie.

Podróżowanie po Etiopii przypomina trochę łącznie kolejno ponumerowanych kropeczek w dziecięcej kolorowance.

Etiopia mimo swego ogromu (państwo to jest niemal dwa razy większa od Ukrainy i mieszka w nim prawie sto milionów ludzi) dla ludzi z zewnątrz jest całkiem malutka. Farendżi (czyli tacy jak my) zaczynają od lotniska w Addis Abebie, a następnie podróżują od punktu do punktu: albo na północy po „historycznym kręgu”, albo na południu — wśród dzikich plemion, bardzo malowniczo prezentujących się na fotografiach.

Z wysokości niemal czterech tysięcy metrów domy mieszkańców Gór Simien wydają się widziane z samolotu. Do wielu nie prowadzą od dołu żadne drogi. Nie da się tam dostać w żaden sposób możliwy do pojęcia dla Europejczyka. Wypad na targ wymaga kilku dni marszu. Wizyta w szpitalu również. Na dodatek, by sobie pozwolić na leczenie trzeba z bólem serca sprzedać kozę. Jeśli ktoś nie może się ruszać, do szpitala jest niesiony na noszach przez silniejszych znajomych. Wiele kilometrów. Nauka w szkole ponadpodstawowej wymaga przeprowadzki do miasta Debark i zamieszkania w internacie. Na dnie wąwozu mieszkają lamparty… Turystów dociera tu wciąż dokładnie tylu, ilu za czasów Kapuścińskiego i tysiąclecia wcześniej. Nikt.

Wyrwanie się stąd stanowi nie lada wyzwanie. I to nie tylko w sensie metaforycznym. Wiele wsi w porze deszczowej jest po prostu odcięta od świata i przedarcie się przez rozszalałe nurty górskich rzek musi zakończyć się tragicznie.

Dla większości mieszkańców Etiopia również jest niewielka i składa się przede wszystkim z jednej doliny, kilku wiosek, malutkiego pola, najbliższego miasteczka i – dla zamożniejszych — Addis Abeby. Raczej niewielu mieszkańców podróżuje po kraju, czy próbuje go zwiedzić. Jest też wiele okolic, w których nikt nigdy nie był, nawet najbardziej doświadczeni przewodnicy turystyczni i na dobrą sprawę nie wiadomo, co dokładnie się tam dzieje (taką terra incognita jest przykładowo pogranicze z Somalią).

Wszystkie pytania Kapuścińskiego pozostają nadal aktualne.

 

Rozmowy we wiosce Felaszów

Zaraz za Gonderem, przy drodze w góry leży przedziwna antyatrakcja turystyczna, a mianowicie wioska Felaszów, etiopskich Żydow.

Zatrzymuje się tu na kilka minut każdy autokar czy mikrobus z farendżimi na pokładzie. Wszystkich wysiadających turystów natychmiast otacza hałaśliwe kłębowisko rączek i piskliwych głosów. Las rąk ciągnie za spodnie i czepia się rękawy, wciska w plecy i do brzucha plecione koszyki, niklowe bransoletki, pudełka na drugie śniadanie z koziej skóry szkatułki w kształcie łóżka w której po otwarciu ukazują się leżąca królowa Saby oraz król Salomon. Domaga się bycia zauważonym i zapamiętanym.

Każdy mały sprzedawca bombarduje turystów tymi samymi przywitaniami, pytaniami i odpowiedziami. Dzieciaki są świetnie przygotowane do konwersacji, gdyż w szkole na angielskim uczą się na pamięć jak się rozmawiania z turystami

­— Hello mister/madame! — słyszy z każdej strony turysta biegnący oglądnąć ponury składzik sieci pajęczych, będący kiedyś synagogą. Kiedyś dzieciaki krzyczały „you!, you!”, teraz już wiedzą, że lepiej działa „proszę pana! proszę pani!”. Kto nawiązał kontakt wzrokowy — ten przepadł.

— Skąd pan jest?

— Z Polski — odpowiada turysta z Polski.

— Polska! To bardzo miły kraj! Mam brata/kolegę w Warszawie! — dzieciaki sprawiają wrażenie posiadania rozległej sieci kontaktów w całej Unii Europejskiej. Jeśli ktoś mówi niewyraźnie i dziecko usłyszało Holland, kolega mieszka w Amsterdamie. Dla Niemców kolega małego biznesmena studiuje w Berlinie, dla Belgów w Brukseli. Dzieci są naprawdę oblatane ze stolic bogatej części Europy. Jeżeli chodzi natomiast o geografię Afryki i stolice afrykańskie to nikt nie wie nic i nie jest tym zagadnieniem zainteresowany. Zresztą mało który Etiopczyk uważa, że mieszka w Afryce.

— Pierwszy raz w Etiopii? Podoba się panu? — kontynuuje dzieciak. — Jestem studentem…

I tak rozmowa ta toczy się sześć razy na minutę. We wiosce Felaszów studentami są wszystkie berbecie od trzeciego roku życia. Bycie studentem uprawnia bowiem do otrzymania od turysty pieniędzy na długopisy/zeszyty/przybory/książki do szkoły.

We wiosce Felaszów już dawno nie ma Felaszów. Jest to wioska typowo potiomkinowska. Większość Etiopskich Żydów została wywieziona samolotami do Izraela w ramach Operacji Mojżesz, Jozue oraz Salomon niemal trzy dekady temu. Nieliczni Felaszowie, którzy pozostali w tych okolicach mieszkają w centrum Gonderu. Wioska składa się w stu procentach z etiopskich sprzedawców pamiątek. Turyści chcą wioskę Czarnych Żydów, więc ją mają. Lwia część ruchu turystycznego w Etiopii to przecież wycieczki z Izraela. Brak wioski Felaszów na ich drodze byłby tragicznym niedopatrzeniem.

Anioł i Aberra

W siedzibie Parku Narodowego Gór Simien w Debarku na ścianie wisi portret miłego, starszego pana z siwą brodą. Jest to Clive Nicol — Walijczyk z pochodzenia, a z wyboru obywatel Japonii, pisarz i działacz na rzecz ochrony i przywrócenia naturalnego składu gatunkowego japońskich lasów. Tytus Chałubiński tych gór.

Nicol pracował zaraz po studiach pod koniec lat sześćdziesiątych jako strażnik przyrody w Etiopii. To właśnie on bardzo przyczynił się do utworzenia tutaj parku narodowego w 1969 roku.

Nie była to łatwa praca, gdyż duża część pieniędzy została zdefraudowana przez polityków na rożnym szczeblu, a lokalna ludność nie zawsze odnosiła się do młodego parkowca przyjaźnie. Przeżył dwie próby zabójstwa…

Przepisy mówią, że żadna grupa (ani pojedynczy turysta) nie może wejść na teren parku bez towarzystwa uzbrojonego strażnika.

Nasi strażnicy nazywają się Anioł oraz Aberra. Anioł to typ folklorystyczny. Chodzi w turbanie na głowie i z karabinem AK-47 w garści. Nie rozstaje się z bronią nigdy i wie jak jej używać. To były żołnierz — walczył w Ogadenie i Erytrei, uczestniczył nawet po stronie komunistycznej junty wojskowej Derg w potyczkach z partyzantami w Górach Simien. Obecnie rządzą frakcje wywodzące się z owych ruchów partyzanckich.

Młody, wysoki i przystojny gość z zawadiackim i uśmiechem i adekwatnego do pewności siebie rozmiaru amerykańskim karabinem w ręce to Aberra. Typ militarystyczny. Pochodzi z wioski pod samym najwyższym szczytem Etiopii — Ras Daszenem. Urodził się i wychował na niemal czterech tysiącach metrów. Nigdy nie jest zmęczony i nigdy nie śpi.

Połączenie jego wojskowych ciuchów z żółtymi, plastikowymi kapciami i dziewczęcym plecaczkiem szkolnym z różowymi motylkami, przy którym dynda przytroczony karabin to widok, którego nigdy nie zapomnę.

Anioł i Aberra pracę wykonują nad wyraz sumiennie. W odróżnieniu od przewodników i tragarzy, którzy śpią w specjalnych bungalowach lub namiotach,  strażnicy wszystkie noce spędzają na świeżym powietrzu, siedząc po turecku opatuleni kocami. A nigdzie się tak nie marznie w nocy w górach jak w Afryce.

Pozostałą część ekipy wspierającej stanowił lider wyprawy Grum, młody lokalny przewodnik Messi, kucharz Melli, pomocnicy kucharza, zmywacze naczyń oraz cała karawana mularzy.

Łączenie kropek

 

Podróżowanie po Górach Simien również przypomina łączenie kropek kolorowanki. Najczęstsza wielodniowa marszruta zakłada spanie w czterech obozach. Najbliżej cywilizacji położony jest obóz Sankaber przy szutrowej drodze przecinającej na przestrzał całe pasmo przy wyjącym lesie wrzośców i cykad. Koło tej samej drogi kilka kilometrów dalej znajduje się również obóz trzeci — Chennek z najpiękniejszym widokiem na pionowe urwiska płaskowyżu.

Między nimi, w samym sercu płaskowyżu, wysoko i na otwartej przestrzeni, wśród nielicznych lobelii i hulającego wiatru znajduje się obóz Gich. Nazwę  zawdzięcza wiosce, która kiedyś znajdowała się kilkaset metrów stąd. Jej mieszkańcy zostali przesiedleni do Debarku, gdy powstał park narodowy, gdyż znajdowali się zbyt blisko siedlisk bardzo rzadkich zwierząt: koziorożców abisyńskich (Capra walie) oraz kaberu etiopskich (Canis simensis zwanych też wilkami abisyńskimi). Kilka z nich udało się nam z obozu wypatrzeć przez lornetkę. Ostatnie zdjęcia osady Gich (a być może i jedyne wykonane) możemy podziwiać w książce Andrzeja Wilczkowskiego „Każdemu według marzeń” o polskiej ekspedycji w góry Etiopii z 1969 roku, a więc zaraz przed przesiedleniem mieszkańców.

Od tamtego czasu nikt nie został już przesiedlony. Wszystkie inne osady pozostały na swoim miejscu.

— Ilu ludzi żyje na terenie parku?

— Jakby tak policzyć wszystkie wioski… — zamyślił się Grum i zmarszczył nos. — Będzie… Pół miliona.

U stóp góry Ras Daszen (4550 m), leży wioska Ambiko, a na jej obrzeżach obóz o tej samej nazwie. Z niego atakuje się najwyższą górę Rogu Afryki. W Ambiko śpi się przed i po zdobyciu szczytu. W drodze powrotnej nocuje się w Chennek, z którego najczęściej wraca się Debarku już za pomocą samochodów terenowych, z pominięciem pozostałych obozów.

Pomiędzy Sankaber i Gich znajduje się obowiązkowy punkt widokowy dla każdej wycieczki: przeszło półkilometrowy wodospad Jinbar, jeden z najpiękniejszych w Afryce. Między Gich a Chennek wchodzi się również na wierzchołek Imet Gogo (3926 m), słynący z rozległej panoramy oraz fantastycznych, przeszło siedemsetmetrowych urwisk.

Gdy schodzimy z Imet Gogo w stronę Chennek czasem nagle z nikąd: z mgły lub dżungli pojawiają się grupy dzieci. Chociaż do najbliższej wioski, o pięknej nazwie Ambaras, było kilka kilometrów, wieść o tym, że farendżi idą, zachęca kolejne ekipę dzieciaków, by przybiec, popatrzeć na ludzi, spróbować sprzedać jakiś drobiazg. W odróżnieniu od dzieciaków z wioski Felaszów, górale są nieśmiali i cisi. Wyciągają w milczeniu w twoją stronę pleciony koszyczek lub czapeczkę i czekają… Niektórzy grają na flecie. Tylko najodważniejsi lub najbardziej ciekawscy proszą o cukierka lub dolara w zamian za fotografię. Wiadomo, że nie wolno dawać cukierków za nic i uczyć złych odruchów i żebractwa. Ale czy można się oprzeć takim wielkim czarnym oczom po środku pustki na wysokości czterech tysięcy metrów?

 

„Łe-łe”

Słyszymy strzały. Mieszkańcy górskich wiosek często popadają w konflikt z wielkimi stadami dżelad (Theropithecus gelada) — słynnymi małpami o krwawiących sercach. Przeuroczymi, trawożernymi stworzeniami o skomplikowanych relacjach społecznych, których obserwacja może nam wiele powiedzieć o tym, jak kiedyś żyli i jak komunikowali się nasi przodkowie. Małpy niszczą zbiory i kiedy zbliżają się do osiedli ludzkich, mieszkańcy na ogół odstraszają je w każdy możliwy sposób, ze strzelaniem w powietrze z kałasznikowa włącznie.

Dla turystów spotkania z dżeladami są najmilszą częścią dnia. Małpy nie są zbyt płochliwe, więc przyrodniczy paparazzi mają szerokie pole do popisu. Z przodu, z tyłu, z różowym siusiaczkiem, z czerwoną dupką, podczas iskania, podczas jedzenia, mama z małym na plecach, mama z oseskiem wczepionym w brzuszek, podczas ziewania, z odsłoniętymi kłami. Setki wspaniałych fotografii.

Co sądzą o tym wszystkim małpy? Niektóre są zaciekawione łysymi kuzynami ze śmiesznymi błyskającymi pudełkami w rękach, większość jednak ludzi wyniośle ignoruje. Raz tylko się zdarzyło, że stary małpiszon, ewidentny autorytet wśród całego stada rzucił nam lekceważące spojrzenie, odwrócił się i powiedział zachrypniętym głosem: „Łe-łe”. Muszę przyznać, że zabrzmiało to dość pogardliwie.

 

Od dwóch tysięcy lat u stóp Generała

Z Chennek w stronę Ambiko wędrują już tylko chętni na zdobycie Ras Daszan. Nie docierają tu już jednodniowi turyści, ani bawiący się latającymi dronami Chińczycy. Droga szutrowa pnie się serpentynami na wysoką przełęcz Bwahit i opada równie stromo do osady Chiro Leba, zwanej przeze mnie Wioską Przybijaczy Piątek. Turyści wędrują szlakiem na skraju płaskowyżu, po drodze jeżdżą cesarzowie tutejszych górskich dróg — ciężarówki Isuzu, niekiedy zwane Obama, na cześć pierwszego czarnoskórego prezydenta USA, który został wybrany akurat dokładnie wtedy, gdy w Góry Simien trafił duży transport tych samochodów.

Dalsza droga z Chiro Leby w stronę obozu Ambiko prowadzi wśród drzewiastych kaktusów i mikroskopijnych pól uprawnych. Następnie trzeba przekroczyć rzeczkę Meshehę. W porze suchej to taki typowy „tatrzański” potoczek. Przechodzi się go suchą nogą skacząc po kamyczkach.

— Każdego roku, podczas pory deszczowej wody Meshehy wzbierają, a Ambiko jest odcięta od świata — opowiada Grum. — Mieszkańcy muszą kilka tygodni żyć z tego, co udało im się uzbierać w ciągu pory suchej.

— Jak sobie radzą?

— Każda rodzina otrzymuje od rządu w dzierżawę pole. Kilkadziesiąt metrów kwadratowych zboża. Mają po kilka kóz.

— A ile dzieci?

— Siedmioro, ośmioro…

— To jak sobie radzą?

— Po prostu. Radzą sobie i już. Niektóre rodziny żyją tu już od dwóch tysięcy lat…

Trudno sobie to wyobrazić. Niektórzy dostali pasy ziemi szerokie na pięć metrów i długie na piętnaście na wysokości czterech tysięcy metrów trzy godziny wspinaczki od domu. Po okolicznych szczytach już przed świtem chodzą dzieciaki ze stadkami kóz. Radzą sobie. Niestety niezbyt profesjonalnie uprawiana ziemia eroduje i wyjaławia się, powstają osuwiska, gospodarka jest coraz trudniejsza z każdym rokiem, a liczebność wiosek powiększa się w zawrotnym tempie. Chociaż jest naprawdę pięknie, nie jestem pewien, czy przyszłość tych okolic maluje się w jasnych barwach.

W księdze gości parku widziałem zresztą wpis pewnego wrażliwca z Holandii, który wzywał do natychmiastowego wysiedlenia wszystkich wiosek, gdyż ich obecność zagraża wilkom i koziorożcom, usługa przewodnicka jest za droga, a na tylnim siedzeniu samochodu terenowego trzęsło.

Chłopcy z Hebanu

Na atak szczytowy startuje się przed świtem. Drugą część doliny przebywa się w zupełnych ciemnościach. Górę się okrąża, a następnie zdobywa od tyłu. Po drodze widać budzące się do życia góry, lobelie, płonąć swym zwyczajnym ogniem zaczynają kwiaty trytomy.

Góra nazywa się w języku amharskim ራስ ደጀን lub ራስ ዳሸን. Mniej biegłym w etiopskim piśmie czytelnikom wyjaśnię, że tę pierwszą nazwę przeczytamy „ras dedżen”, a tę drugą „ras daszen”. Pierwszy człon nazwy — „Ras” oznacza w języku amharskim głowę. W ten sposób określa się przywódcę. Tytuł Ras był niegdyś najwyższym w hierarchii wojskowej i był odpowiednikiem naszego generała. Określali się w taki sposób również zwierzchnicy etiopskiego kościoła, a nawet cesarze. Jak na przykład Ras Tafari Makonnen, czyli jego cesarska mość Haile Selassje.

Drugi człon nazwy oznacza fortecę. Nazwa tłumaczona jest na różny sposób. Może oznaczać „przywódcę strażników”, „generała dowodzącego twierdzą” lub „najlepsze miejsce, które może zostać użyte jako forteca”. Członu „Dedżen” używa się w Etiopii również jako męskiego imienia, stąd niektórzy twierdzą, że pobliską twierdzą mógł kierować niejaki Ras Dedżen. „Daszen” to zniekształcona i popularniejsza wersja „Dedżena”.

Na bezimiennej przełęczy, gdzie nasza droga przebija się na południowo-wschodnią stronę masywu już czeka na nas delegacja z najbliższych osiedli ludzkich. Chłopców z Hebanu. Mają colę, fantę a nawet piwko.

— Nie trzeba kupować na zapas. Pójdziemy z wami na wierzchołek… — Żaden nie uważał wejścia na Ras Daszen za szczególny wyczyn (każdy był tu dziesiątki razy). Cieszyli się natomiast, że kupujemy colę. — Gdybyście tak zamiast wyłazić na kupę kamieni, po prostu poszli do naszej wioski. Wszystkim byłoby łatwiej.

Oglądamy świat z dachu Etiopii. Nieopodal  miejsca, gdzie wchodzi się w „ścianę” Ras Daszanu pozostawiliśmy naszego ulubionego osiołka Abu, żeby na nas czekał z garem makaronu z sosem pomidorowym. Rewers masywu Ras Daszan to przeciwieństwo strony, z której przyszliśmy. Kamienista pustynia i ogromna otwarta przestrzeń. Gdzie okiem sięgnąć żadnej osady, żadnych upraw, żadnych roślin. Esencja nicości i pustki. A pośrodku stoi osiołek. Wymarzony landszaft do obrazu Salvadora Dalego, gdyby postanowił był zostać pejzażystą.

Królowie drogi i złodziej

 

W drogę powrotną z Chiro Leby do obozu Chennek przez przełęcz Bwahit udajemy się na pace ciężarówki Isuzu, razem ze sporą ekipą mieszkańców.

Ciekawy był już sam załadunek na pokład. Na pakę wsiało ponad trzydzieści osób, które usadowiły się na. Młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni, babcie i dzieci. Nagle zrobiło się poruszenie. Pasażerowie złapali pod ręce jakiegoś chłopaka, który właśnie się usadowił na moim plecaku i wypchnęli go z samochodu. Złapali go ludzie na dole i rozpoczęła się szamotanina. Wszyscy krzyczeli coś po amharsku. Aberra obserwuje sytuację spode łba i gładzi lufę karabinu. Chłopak próbuje wrócić na pokład i napotyka barierę rąk na górze, a od dołu tłumek ciągnie go za nogi. W końcu zaczął się z kimś bić na pięści i kopać. Przegrał bitkę, machnął ręką, powiedział coś, co zapewne nie było miłe i poszedł.

— Co się dzieje? — pytamy. — Czemu nie chcą wpuścić tego biedaka.

— Mówią, że ten gość kradnie i wszyscy to wiedzą — wytłumaczył Grum.

Tak działa w Etiopii sprawiedliwość społeczna. Jesteś złodziejem — nie jedziesz Isuzu.

Droga wije się pijaną serpentyną z powrotem na przełęcz Bwahit. Jeśli dobrze zrozumiałem, w jednej z szop mijanych po drodze (na szczęście zamkniętej na kłódkę) znajdował się skład dynamitu, używanego przy budowie drogi. Dla spokoju ducha nie dopytywałem o szczegóły.

Przed samą przełęczą nasze dzielne Isuzu złapało zadyszkę i nie było w stanie pokonać ostatnich metrów wzniesienia. Zakomenderowano, że wszyscy biali zostają na pace, a wszyscy miejscowi czym prędzej schodzą i biegną na przełęcz. Starcy, kulawi i małe dzieci również. Takie zasady. Buntowanie się wprowadziłoby tylko dodatkowy, niepotrzebny chaos. Po kilku próbach samochód dał radę. Po drodze do Chennek ciekawie przyglądały się nam koziorożce abisyńskie.

Z perspektywy paki jazda była bardzo emocjonująca. Szczególnie częste balansowanie na krawędzi przepaści. Kubie, posiadaczowi najdłuższych nóg w naszej grupie, przypadł honor jechania w kabinie ciężarówki razem z kierowcą. Byliśmy przekonani, że omija go cała adrenalina. Jednak to on miał najbardziej emocjonującą podróż. W obozie Chennek wysiadł blady jak ściana. Obserwowanie kierowcy w akcji to dopiero było przeżycie! Dla zaoszczędzenia miejsca siedział na jednym fotelu z żoną. W prawej ręce trzymał smartfona z otwartym facebookiem, w lewej natomiast drugi telefon, przez który nieustannie rozmawiał. Z powodu zajętych rąk całą drogę prowadził łokciami. Okazało się również, że wraz z jego zamiłowaniem do rozwijania dużych prędkości na wirażach nad przepaściami, szły w parze niedziałające hamulce.

Wodospady z wyłącznikiem

Ostatnie pożegnanie z pięknymi górami, ostatnie pożegnanie ze stadem dżelad i starym małpiszonem „Łe-łe”, ostatnie pożegnanie z Messim, Mellim, Aniołem i Aberrą i ruszyliśmy w stronę Jeziora Tana i Bahir Dar — do źródeł Nilu Białego. Tutejsze wodospady należą ponoć do najpiękniejszych w Afryce. Jedyny problem jest taki, że elektrownia wodna posiada moc ich „włączania” oraz „wyłączania” i trudno przewidzieć, kiedy będą działać. Czasem wodna kipiel huczy po wszystkich kaskadach, a czasem po klifie leniwie sączy się strużka brązowej, błotnistej cieczy. Kto by jednak narzekał stojąc nad Nilem Białym?

Hubert Jarzębowski

[1] R. Kapuściński, Heban, Warszawa 2003, s. 136.

Zobacz też:

Dzierawica Kein Problem!

Posted in Góry.