Stefan Zamkowski: wygnaniec z wysokiego zamku

Stefan Zamkowski był wybitnym taternikiem, przewodnikiem i ratownikiem. Zbudował i prowadził ukochane przez turystów schronisko. Nigdy nikomu nie odmówił pomocy. Za swoją ofiarność został po wojnie surowo ukarany. Wygnano go z ukochanych gór. W nowym wspaniałym świecie nie było w Tatrach miejsca dla faszysty i grabieżcy żydowskiego majątku. Nigdy już nie wrócił. Umarł 15 maja 1961 roku dwieście kilometrów od Tatr w Bańskiej Szczawnicy. Mówi się, że z tęsknoty pękło mu serce.

Stefan Zamkowski: wygnaniec z wysokiego zamku

Jest początek 1961 roku. Śnieg już niemal stopniał, gdzieniegdzie tylko pozostało kilka brudnych płatów. Drzewa nie wypuściły jeszcze liści, nie zdążyły zakwitnąć jeszcze kwiaty. W oddali bielą się ściany bloków z wielkiej płyty. Na szarą stację benzynową na przedmieściach Bańskiej Szczawnicy, wjeżdża zgniłozielony autokar Tatra. W środku wycieczka zakładowa z okazji dnia kobiet. Same słuszne chłopiska, tylko na samym tyle siedzi kobieta.

Mężczyzna obsługujący dystrybutor ma zmęczoną twarz i powolne ruchy. Ma nieco ponad pięćdziesiąt lat, ale wygląda na dziesięć więcej. Przewodniczka autobusu i bileterka wychodzi i całuje go w policzek.

– Gdzie dziś jedziecie? – pyta mężczyzna, ale szybko orientuje się, że było to złe pytanie.

– Tak, w Tatry – odpowiada kobieta. – Do Starego Smokowca. Potem idą do… do… – przez dłuższy czas cel wycieczki nie może jej przejść przez gardło.

– Do Schroniska Kapitana Nálepki? – kończy za żonę Stefan Zamkowski.

– Tak – odpowiada Ludmiła. – Do naszego schroniska.

Spuszcza wzrok. Oboje milczą. Tylko z wnętrza autobusu słychać wesoły gwar ludzi pracy, nie świadomych, że ich wrogowie klasowi są na wyciągnięcie ręki.

 

Górne Węgry i Czechosłowacja

Urodził się w Boże Narodzenie 1907 roku w Lewoczy, jednej z najpiękniejszych miejscowości na wielokulturowym wówczas Spiszu. Miasteczku niegdyś bogatym, ale na początku XX wieku wyraźnie podupadającym. Najmłodszy chłopiec spośród piątki dzieci kościelnego z kościoła św. Jakuba od dziecka bawił się z Węgrami, Niemcami i Słowakami. Koledzy czasami wołali go Štefan, a czasem István. Jego nazwisko pisało się raz Zamkovský, a raz Zamkovszky.

Według źródeł polskich sam zainteresowany uważał się za Węgra i podpisywał się na sposób madziarski – stawiając nazwisko przed imieniem. Milczą o tym wszystkie źródła słowackie, w których węgierska wersja jego imienia w ogóle nie jest podawana. Na potrzeby artykułu będę go zatem nazywał z polska – Stefanem Zamkowskim. Bliscy i znajomi wołali na niego Zamko.

Od najmłodszych lat ciągnęło go w góry. Cały wolny czas spędzał pomykając po Lewockich Wierchach. Niewysokich i zalesionych, ale dzikich i trudno dostępnych górach w najbliższej okolicy. Nieraz widział z ich wierzchołków ośnieżone szczyty Tatr.

Skończył szkołę i zdobył zawód fotografa. W wieku dziewiętnastu lat jednak postanowił postawić wszystko na jedną kartę i wyruszył w Tatry. Jak wielu chłopaków marzących o życiu w górach podjął pracę „nosicza”, czyli tragarza, wynoszącego zaopatrzenie do wysoko położonych schronisk, takich jak Chata Téryego czy Zbójnicka Chata, zwana wówczas pieszczotliwie „Trupiarnią”.

W czasie wolnym od pracy wspinał się i jeździł na nartach. Jak nakazywał duch czasu dwudziestolecia międzywojennego – młody zakochany w Tatrach wariat od razu zapragnął przechodzić drogi, na których stopy nie postawił jeszcze żaden człowiek. Szczególnie te najtrudniejsze. Czyli po prostu robić aussery. Już w pierwszym sezonie działalności, wraz z Eduárdem Gánoczim, dokonał pierwszego zimowego wejścia na Świnicę od Walentkowej Przełęczy. A to przecież dopiero początek.

 

Nieznany Komin

Stefan zaczął mieć coraz więcej znajomych wśród taterników wszystkich narodowości. Dogadywał się ze wszystkimi: Polakami, Węgrami, Niemcami, Słowakami, Czechami… Najczęściej wspinał się z Zoltánem Brüllem, Stanisławem Motyką i Janem Sawickim. Od dziecka miał kontakt z różnymi językami. W Tatrach nauczył się od kolegów mówić i pisać również po polsku. Był w kontakcie z redakcją „Taternika”, której przysyłał regularnie informacje o swoich drogach taternickich. Pisał po polsku. Jego teksty potrzebowały jedynie niewielkiej obróbki stylistycznej i poprawienia błędów ortograficznych. Podobnie zresztą jak teksty Polaków.

A miał o czym pisać! O nowych drogach na południowej ścianie Zamarłej Turni, na Wysokiej, Małym Lodowym, Zadniej Baszcie, Ostrym, Ostrej, Krótkiej, Hrubej Turni, Baniastej Turni, Staroleśnej, Wschodnim Szczycie Wideł, Pośrednim Jaworowym. Łącznie przeszło czterdziestu. O trudnej hakówce na uskoku Zadniego Mnicha, czy pierwszych wejściach zimowych nie wspominając. O tym skąd w masywie Sławkowskiego wziął się Komin Zamkowskiego…

Jedyną dłuższą bujdałkę taternicką jaką Istvan Zamkovszky (tak został podpisany) opublikował po polsku poświęcił jednak drodze, której nie udało mu się przejść. Tekst nosi tytuł Nieznany komin i wyszedł w „Taterniku” 81 lat temu.

Opowiada o próbie przejścia pionowego, ponurego komina w północnej ścianie Małego Jaworowego. Trójka wspinaczy (Zamkowski, Sawicki, Motyka) pewna, że droga jest „dziewicza”, znajduje kolejne haki, na dodatek bardzo stare. Takich – jakich nikt już nie używa. To właśnie tu rozgrywała się legendarna akcji ratunkowa po Stanisława Szulakiewicza, a haki zostawili ćwierć wieku wcześniej ratownicy spuszczający na linach ciało Klimka Bachledy… Komin nie puszcza, a chłopaki zmuszeni są do całonocnego odwrotu. Druga próba również kończy się niepowodzeniem. Stefan obiecuje sobie, że jeszcze kiedyś wróci, by zobaczyć czy księżyc świeci w kominie zawsze tak samo, jak wówczas, gdy „długiemi, nocnemi zjazdami powracali pobici na piargi mrocznej doliny”.

Po słowacku również opublikował tylko jeden dłuższy opis wspinaczki: wschodnią ścianą Wysokiej w „Krásach Slovenska” w 1937 roku.

 

Życie wydawało się piękne

 

Według Witolda Paryskiego był najlepszym znawcą Tatr wśród wszystkich przewodników po południowej stronie Tatr. Nie prowadził jednak zbyt wielu klientów. Wolne dni chętniej spędzał w największych urwiskach Tatr, niż ciągnąc klientów na linie po turystycznych drogach.

Był również zajęty swoją nową, wymarzoną pracą. Z ofiarnego i pracowitego nosicza, awansował na chatara, a więc zarządcę schroniska. W 1936 roku Klub Czechosłowackich Turystów powierzył Zamkowskiemu wraz z Jánem Kácianem rolę współdzierżawcy Chaty Téryego w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich.

Stefan był stworzony do roboty w schronisku. Uwielbiał góry, był bardzo pracowity, nie przeszkadzały mu trudne warunki bytowe w wysokich górach na wysokości przeszło dwóch tysięcy metrów, był świetnym organizatorem i budził powszechną sympatię. Potrafił pięknie opowiadać o swych trudnych wspinaczkach i to w języku prawie każdego turysty, który zawitał w jego gościnne progi. Podobał się kobietom.

Pewnego dnia do Schroniska Téryego zawitała grupa turystów i turystek z Pragi. Jedną z nich była Ludmiła. Młody chatar wpadł jej w oko. Ze wzajemnością. Ojciec dziewczyny nie był zachwycony, gdy obwieściła mu, że nie wraca do Złotej Pragi, gdyż postanowiła żyć w małym schronisku w wysokich górach, wśród wierchów i turni. Jej mąż był zadowolony jeszcze mniej…

Życie wydawało się piękne. Nawet pomimo nadejścia burzliwych czasów.

 

Zamko Aryzator

Słowacja była przez pierwsze lata wojny dość spokojnym miejscem do życia. 14 marca 1939 roku powstała Pierwsza Republika Słowacka, zwana także Republiką Proboszczów, gdyż w rządzie zasiadało wielu duchownych katolickich, w tym prezydent i „przewodnik” narodu – Josef Tiso. Było to państwo satelickie Trzeciej Rzeszy i wielu jej mieszkańców wspomina z dużą nostalgią dość wysoki poziom życia, jakim mogli się wówczas cieszyć. Żadnych łapanek na ulicach, żadnych aresztowań.

Podczas gdy w Zakopanem działała budząca grozę placówka Gestapo w „Palace”, w słowackich Tatrach w 1940 roku zbudowano kolejkę na Łomnicę, a w 1943 roku pierwszy wyciąg narciarski na Skrajne Solisko. Wojna była gdzieś daleko. Oczywiście jeśli nie było się Żydem.

Wielka polityka i wichry historii upomniały się o jeszcze Stefana. O przyjacielską przysługę poprosił go Ármin Eichner, właściciel pięknego pensjonatu Carpathia w Tatrzańskiej Leśnej. Żyd. Spytał się Zamkowskiego, czy ten mógłby zostać „aryzatorem” jego majątku.

Antyżydowskie prawo obowiązujące na Słowacji było surowsze od Ustaw Norymberskich. Aryzacją nazywano wywłaszczenie Żydów i przejęcie ich majątków przez państwo lub osoby prywatne. Od marca 1942 rozpoczęto również deportację Żydów do tzw. „nowych domów”, czyli obozów zagłady. Byli też tacy – i to całkiem nie mało – którzy na tym skorzystali.

Eichner chciał, by jego pensjonat formalnie przeszedł w ręce dobrego człowieka. Kogoś z kim będzie można się dogadać po zakończeniu wojny i tego całego piekła, a zarazem osoby posiadającej kwalifikacje do zarządzania hotelem, która nie będzie budzić podejrzeń. Stefan wydawał się najodpowiedniejszym kandydatem.

Zamko bronił się jak mógł. Miał swoje sprawy, poza tym nie chciał mieć nic wspólnego z grabieniem żydowskiego majątku. Ani z pracą gdziekolwiek indziej niż wysoko w Tatrach. Eichner tłumaczył, że jeśli nie on zostanie aryzatorem to sąd w Kieżmarku przyzna Carpathię jakiemuś członkowi Gwardii Hlinkowej lub innemu otwartemu zwolennikowi Adolfa Hitlera, których pod Tatrami nie brakowało.

Stefan trzymał się z daleka od nacjonalistycznej polityki swojego państwa. Zgodził się jednak pomóc człowiekowi w potrzebie. Wystąpił do sądu w Kieżmarku o możliwość uczestniczenia w aryzacji pansjonatu Carpathia. Tak jak przypuszczał – spowodowało to lawinę niemiłych zdarzeń. Szczególnie nieprzyjemne były oznaki zazdrości ze strony tych wszystkich, którzy ostrzyli sobie kły na Carpathię. Oraz oczywiście tych, którzy o jej istnieniu nic wcześniej nie wiedzieli, ale Stefanowi zazdrościli i tak.

 

Człowiek z Wysokiego Zamku

Pomimo tego  Razem z Ludmiłą postanowili zbudować od podstaw zupełnie nowe schronisko w Tatrach. Udało jej się nakłonić ojca – właściciela fabryki, by wyłożył na ten cel pieniądze. Być może zgodził się uspokojony faktem, że nowe schronisko będzie ulokowane przeszło pół kilometra niżej niż poprzednie, a więc w bezpieczniejszym miejscu? Stefan pożyczył pieniądze od kogo się dało i w 1942 roku zaczęli wcielać ideę w życie.

Schronisko Zamkowskiego – gdyż tak nazywali je wszyscy goście, stanęło w Dolinie Małej Zimnej Wody, przy samej granicy lasu i zaczęło służyć turystom już w 1943 roku. Budynek oferował 26 miejsc i posiadał nawet własne źródło energii elektrycznej. Można powiedzieć, że Zamkowscy byli w tych niespokojnych czasach jednymi z największych szczęśliwców. Zbudowali sobie swój mały zameczek, swoje prywatne królestwo w ukochanych górach, gdzie żyć normalnie i szczęśliwie. Przybywający w odwiedziny goście uwielbiali atmosferę tego miejsca i swoich gospodarzy.

W tym samym roku do obozu koncentracyjnego trafił Ármin Eichner wraz z rodziną. Od momentu wybuchu Słowackiego Powstania Narodowego 29 sierpnia 1944 roku Słowacja stała się o wiele mniej spokojnym miejscem niż dotychczas. Centrum powstania były okolice Bańskiej Bystrzycy, ale nie ominęło ono również Tatr.

Zamkowski pomagał komu tylko mógł. Ukrywał w swoim schronisku partyzantów, dawał schronienie kurierom tatrzańskim, pomagał potrzebującym z obu stron Tatr.

W końcu wojna się skończyła. Wielu przyjaciół Zamkowskiego jej nie przeżyło. Stanisław Motyka utonął w 1941 roku w Dunaju, Zoltán Brüll zginął na cztery miesiące przed zakończeniem wojny podczas potyczki z Niemcami na stokach Gronika pod Krywaniem.

 

Nowy Wspaniały Świat

 

Nadszedł „Zwycięski Luty” – „miesiąc zwycięstwa ludu pracującego Czechosłowacji”. Był to komunistyczny przewrót w lutym 1948 roku w Czechosłowacji, na skutek którego do władzy doszła Komunistyczna Partia Czechosłowacji (KSČ) Klementa Gottwalda. Po czechosłowackiej stronie Tatr większość właścicieli nieruchomości została wywłaszczona w ramach realizowania planu pięcioletniego, a ich majątek przejęło państwo. Proces ten i nazywany był nacjonalizacją. Bardzo podobne słowo do aryzacji…

Zamkowscy jeszcze nie wiedzieli, że to początek zbrodniczego, totalitarnego reżimu, którego ofiarą padną już za cztery lata. Byli zbyt szczęśliwi z narodzin córeczki, której dali na imię Zdenka, żeby płakać z tego powodu, iż przestali być właścicielami schroniska, które od 1949 zaczęło należeć do Zjednoczonej Organizacji Wychowania Fizycznego „Sokół”.

Zamko z szanowanego taternika, ratownika i przewodnika przeistoczył się w byłego kapitalistę, wroga klasowego, nieroba, pasożyta.

Zamkowski miał na sumieniu więcej grzechów, niźli samo spoglądanie z pogardą z okien swego wysokiego górskiego pałacu na lud pracujący Czechosłowacji. Był człowiekiem czynnie zaangażowanym w działalność „klerofaszystowskiego” Państwa Słowackiego.

Oskarżono go, iż jako aryzator czerpał korzyści z wywłaszczeń Żydów. Był antysemitą, faszystą i zwykłym bandytą. Mimo to pozwolono mu dalej pracować w schronisku, które sam wybudował.

Wstawili się za nim ratownicy, koledzy z sekcji ratowniczej Klubu Słowackich Turystów i Narciarzy – Octavian Otto Krejčí oraz Ivan Bohuš starszy – najznamienitszy słowacki tatrolog i późniejszy autor książki o Zamkowskim. W oficjalnym piśmie zwrócili uwagę, iż Stefan jest wybitnym fachowcem, ofiarnym i doświadczonym ratownikiem górskim oraz najbardziej kompetentną osobą do prowadzenia schroniska.

Po dwóch latach ich własność przypadła w udziale państwowemu przedsiębiorstwu Slovakotour. Nowi gospodarze zadbali, by coraz mniej łączyło budynek z Zamkowskimi. Schronisko otrzymało imię kapitana Jána Nálepki. Dawni włodarze i dobre duchy schroniska stawali się coraz bardziej niewygodni, nawet w roli pracowników.

Byli też ludzie, którzy pisali listy o zupełnie innym charakterze, niż wyżej wspomniany list ratowników. Choćby takie pismo z maja 1951 roku, zaadresowane do przedsiębiorstwa komunalnego „Schroniska Wysokogórskie”, decydującego o zatrudnianiu ludzi w schroniskach:

„W interesie taternictwa, narciarstwa i turystyki leży, by tatrzańskimi schroniskami zarządzali taternicy, narciarze i turyści dobrze zaznajomieni z warunkami panującymi w Tatrach Wysokich. Rzecz jasna w Waszym interesie również leży, by owi zarządcy, dzięki swym umiejętnościom, przyczyniali się do zapewnienia bezpieczeństwa pracujących oraz rekreantów podczas ich pobytu w Tatrach Wysokich.

Będziemy zatem Wam bardzo wdzięczni, jeśli przy mianowaniu nowych zarządców schronisk, będziecie mieli na uwadze naszą kandydaturę na stanowisko pracownika-zarządcy.

Wierzymy, że naszą ofertę współpracy przyjmiecie i wspólnymi siłami uda się nam…”

I tak dalej. Niejeden z autorów takich pism jeszcze kilka lat wcześniej był gorącym zwolennikiem księdza Tiso i Adolfa Hitlera.

Wiele osób dobrze wiedziało, że Zamko podczas Powstania pomagał partyzantów, komunistom również. Byli też tacy, którzy wiedzieli jak naprawdę przebiegła aryzacja pensjonatu Carpathia. Większość jednak milczała. Świadczyć w jego obronie nie mógł również Ármin Eichner, który nie powrócił z obozu.

 

Wygnaniec

Stefana Zamkowskiego wraz z rodziną usunięto w 1952 roku ze Schroniska Kapitana Nálepki. Początkowo pozwolono mu jeszcze w ramach łaski pracować w Bilíkovej Chacie. Przepracował tam jednak tylko kilka miesięcy. Za karę za swe zbrodnie i ku uciesze wielu został wygnany ze swojego małego, górskiego królestwa. Otrzymał zakaz pracy w Tatrach. Na jego miejsce przyszli inni, bardziej uświadomieni politycznie.

Podobnie smutny los spotkał w tym samym roku jego rodzinne Lewockie Wierchy, które weszły w skład nowego poligonu wojskowego. Góry zamknięto, a ludzi wysiedlono. Ukochane góry musieli opuścić mieszkańcy wiosek Ruskinovce, Blažov, Ľubické Kúpele oraz Dvorce…

Zamkowscy przenieśli się do środkowej Słowacji, w okolice Bańskiej Szczawnicy, gdzie Stefan został zarządcą schroniska przy sztucznym zalewie, zwanym Počúvadlianskim Jeziorem, u stóp góry Sitno.

Chociaż są to bardzo malownicze okolice, a Bańska Szczawnica należy do najpiękniejszych miasteczek na Słowacji Zamkowski zupełnie stracił zapał do życia i podupadł na zdrowiu.

Ostatnie lata życia spędził jako schorowany człowiek obsługujący dystrybutor na stacji benzynowej. Ludmiła Zamkowska sprzedawała bilety w autobusach. Mała Zdenka wybrała sobie nietypowe dla kobiety zajęcie. Całe życie pracowała jako policjantka. Nie pamięta zbyt wiele z pierwszych lat życia spędzonych w Dolinie Małej Zimnej Wody. Tylko tyle, że uwielbiała oblewać turystów wodą z potoku.

Pod sam koniec życia Stefan Zamkowski otrzymał jeszcze ofertę powrotu w Tatry. Nie skorzystał z niej. Może był zbyt słaby? A może postąpił podobnie jak Janosik, który stojąc przed szubienicą odrzucił królewski akt łaski, mówiąc: „skoro mnie upiekliście, to teraz mnie zjedzcie”?

Umarł 15 maja 1961 roku. W pogrzebie uczestniczyli koledzy-ratownicy. Przywieźli wieniec z kosodrzewiny z najbliższych okolic jego schroniska oraz honorową odznakę przewodnika I klasy.

W 1991 roku, dzięki staraniom Ivana Bohuša oraz Júliusa Andrášiego, Schronisko Zamkowskiego oficjalnie otrzymało nazwę upamiętniającą swojego pierwszego gospodarza. Rok później zostało zwrócone wnukom Stefana Zamkowskiego.

Ludmiła Zamkowska umarła w Bratysławie w 2000 roku w wieku przeszło 90 lat. Przez czterdzieści lat od śmierci męża nie chciała, by w jej obecności choćby wspominano o Tatrach. Jej prochy rozsypano na Sitnie.

Hubert Jarzębowski

Zobacz również:

Otakar i Vlasta Štáflowie: rękopisy nie płoną

Posted in Teksty.